Theme by Kran

28 maj 2016

#7 - SS



~~|Dawid|~~
To nie tak, że ukrywałem się przed światem. Po prostu byłem świadom tego, że jeżeli zobaczę gdzieś Bartka, do oczu napłyną mi łzy, a chciałem udawać silnego mężczyznę. Ale w rzeczywistości byłem tylko marną ciotą.
Wróciłem do domu późniejszym autobusem. Gdybym jeździł tym, co zwykle, zapewne spotkałbym się z Bartkiem. Pragnąłem jak najdłużej odwlekać konfrontację. A najlepiej nigdy do niej nie dopuścić.
Gdy tylko otworzyłem drzwi, Amelia wychyliła głowę z kuchni, tak jak zawsze. Tak jak ostatniego dnia, w środę, gdy widzieliśmy się po raz ostatni. A ja się schlałem.
Parsknąłem śmiechem sam do siebie.
– Masz dobry humor? – zapytała siostra, patrząc swoimi wielkimi, ciemnymi oczami.
– Można tak powiedzieć – odparłem zdawkowo, choć wcale nie miałem dobrego humoru od dobrych dwóch tygodni.
– Pogodziłeś się z Bartusiem? – zainteresowała się, krocząc za mną powoli do salonu, gdzie przysiadła obok mnie na kanapie.
– Jeszcze nie. – Włączyłem telewizor na jakimś bzdetnym kanale z bajkami.
– Tęsknie za nim.
Ja też, Melu, nawet nie wiesz, jak bardzo, pomyślałem.
Może gdybym wypowiedział te słowa na głos, nasza kłótnia dobiegłaby końca. Zadzwoniłbym do niego i poprosił o spotkanie. I wszystko byłoby jak dawniej.
Ale nie powiedziałem.
– Możemy zacząć chodzić na plac zabaw, jeśli chcesz – zaproponowałem, zmieniając temat.
– Tak! – Ucieszyła się dziewczynka, rzucając mi na szyję.
Kochałem swoją rodzinę. Uwielbiałem sprawiać im radość. Czekałem na nich podczas naszych występów albo gdy było po wywiadówce i mama wracała do domu, załamując ręce nad moim polskim.
Pewnie znowu to zrobi za najbliższy tydzień. Zobaczy wszystkie niedostateczne na głupiej karteczce, usiądzie w kuchni przy stole i będzie na nią patrzeć, dopóki nie zbierze się na odwagę i mnie nie zawoła. Ale to nic, powtarzałem sobie. Zdarzały się już takie chwile.
Bo czasami Bartek nie był w stanie mi pomagać. Bo czasami Bartek nie był w stanie żyć, a co dopiero mi pomagać. Kiedy nadchodziły chwile jego życiowego zwątpienia, wraz z nimi pojawiały się moje problemy z językiem polskim. Ale taki stan nie trwał dotychczas dłużej niż tydzień z kawałkiem. A teraz... Teraz nie wiedziałem, co czeka mnie na następnej lekcji.
To nie tak, że Bartek był mi potrzebny tylko do zdobywania dobrych ocen. Nie grałem roli egoisty wykorzystującego innych do tak okropnych rzeczy. W ogóle nie byłem egoistą, zawsze myślałem o innych. Po prostu polski jawił się jako moja achillesowa pięta, a Królikowski jako jedyny potrafił mnie jakoś wesprzeć i pomóc. Dziękowałem mu za każdym razem.
Teraz także chciałem podziękować, ale przecież nie miałem jak. Wyśmiałby mnie w twarz, w najlepszym wypadku mruknąłby, bym wynosił się w podskokach na swój koniec ulicy. Bo złamałem daną mu obietnicę, jednocześnie rozbijając jego serduszko w drobny mak.
Przypomniałem sobie to, co napisał mi któregoś wieczora. Następnego ranka miałem iść na pierwszą od dawien dawna wizytę u dentysty, której wystrzegałem się, ile tylko mogłem. Już prawie zasypiałem, kiedy zawibrował telefon.
Też się tego boję jak ognia. Ale czasami trzeba zacisnąć zęby i iść... Znaczy, ten. xdd Może nie zęby. xdd Pięści... O, pięści! I iść... A może lepiej nie, bo jeszcze dentystę jebniesz. xdd Hmyyy, palce u nogi! I wtedy trzeba po prostu dać radę.
To były najwspanialsze słowa, jakie kiedykolwiek przeczytałem i usłyszałem. Była w nich zawarta cała braterska miłość, jaką mnie obdarzył, czułość i troska.
Od tamtej pory nie bałem się dentystów. Wyleczyłem wszystkie zęby i mogłem się pochwalić jednym z najładniejszych uśmiechów w całym mieście.
Poczułem się głodny. Zerknąłem na Amelkę – zapełniała puste kształty w książce kolorami. W książce do polskiego, rzecz jasna. Miała to po starszym bracie – przerabianie obrazów słynnych malarzy. Już widziałem, jak w przyszłości dorysowuje dorodne wąsy Mona Lisie.
– Mała, chcesz jeść? – zapytałem, pociągając ją za jeden z warkoczyków.
– Nie, jadłam obiad – odpowiedziała, kręcąc głową. – Ale gdy mama wróci z zakupów, będziemy piec ciasteczka!
Nie to nie, pomyślałem, kierując się do kuchni. W lodówce nie znalazłem niczego zjadliwego oprócz masy serków i jogurtów. Wziąłem sobie waniliowy, wyciągnąłem bułkę z szafki i usiadłem przy stole. Tak, jadałem bułki z serkami. Tak, smakowało mi. Nie potrafiłem zjeść ich oddzielnie, zawsze razem. Jak do kanapek, to chleb; jak do serka – bułka.
Zastanawiałem się, dlaczego mama sama pojechała na zakupy, zamiast zlecić je mi. To zwykle ja po szkole chodziłem po sklepach z karteczką, wyszukując wszystkiego, co mama na niej nabazgrała. Ona nie lubiła wsiadać za kierownicę. Wcześniej, gdy jeszcze ja byłem młodszy – owszem, jeździła wszędzie, zawsze. Ale odkąd którejś nocy niemal wpadła na łosia, omijała samochód i miejsce kierowcy szerokim łukiem.
A dzisiaj zachciało jej się jechać. To musiała być naprawdę ważna okazja.
Skoro już przy rodzicach jesteśmy, tak naprawdę rodzice moi i Bartka nigdy się nie spotkali. Może raz razem grillowali, kiedy my byliśmy w czwartej klasie, ale żeby ze sobą rozmawiać – ani trochę. Musieli się znosić ze względu na naszą przyjaźń, z uprzejmości mówili sobie cześć, lecz czasami miewałem wrażenie, że mama Bartka czuje się po prostu lepsza od mojej. Do mnie oczywiście podchodziła z najdelikatniejszą, matczyną troskliwością, którą nie mogła obdarować Bartka, podobnie do mojej siostry, ale mojej mamie tylko uprzejmie mówiła „dzień dobry".
Czasami zastanawiałem się, co by było, gdyby i nasi rodzice się przyjaźnili. Może nasza znajomość wyglądałaby inaczej? Może razem wyjeżdżalibyśmy na wakacje, może razem spędzalibyśmy święta... Chociaż, Bartek obchodził tylko Boże Narodzenie, bo lubił zimę i ubieranie choinki. Nie wierzył w Boga i uważał go tylko za wytwór ludzkiej wyobraźni potrzebującej punktu zaczepienia. Powtarzał, że jemu nikt nie jest potrzebny do podniesienia się z upadku.
Chyba nawet ja.
~~|Bartek|~~
Żaneta wysłuchała całej mojej historii, popijając herbatę. Wydawała się nawet zainteresowana, chociaż się nie odzywała. Kiwała tylko głową, co jakiś czas przymykając na chwilę oczy, jakby próbowała wyobrazić sobie daną sytuację.
A opowiedziałem jej o całym moim życiu: o tym, jak poznałem Dawida, jak rodzice wystawili mnie do wiatru, o Teresie, dosłownie o wszystkim. A ona tylko słuchała.
To było miłe. Opowiedzieć komuś o całym swoim życiu i rozkoszować się ciszą przerywaną jedynie oddechami i przytłumionymi odgłosami dochodzącymi zza nieszczelnych okien.
– To zabawne – skomentowała, kiedy skończyłem.
– Co takiego?
– Wdałeś się w romans z nauczycielem matematyki, podczas gdy nie rozumiesz matematyki, do tego z wujkiem swojego najlepszego przyjaciela, którego, mam takie wrażenie, kochasz. To naprawdę zabawne. – Zaśmiała się, odstawiając pusty już kubek na stół. – Jesteś jeszcze taki głupiutki, Bartku.
– Tylko mi nie ubliżaj, dobrze? – poprosiłem, cały czas na nią patrząc.
– Dobra, przepraszam. – Uniosła ręce w obronnym geście. – Ale naprawdę powinieneś to zrozumieć.
– Co takiego? – Ściągnąłem brwi.
– Jesteś szaleńczo zakochany w Dawidzie!
– Wcale nie – mruknąłem pod nosem, krzywiąc się na samo jego imię. – Złamał obietnicę, nie mogę już mu ufać.
– Proszę cię! Ludzie codziennie łamią setki, tysiące obietnic. Świat się jeszcze od tego nie załamał. Wyobraź sobie ptaka, któremu sama natura obiecała wolność. Ale ktoś go złapał i wychował na potulne, domowe zwierzątko. Czy taka obietnica nie jest jeszcze ważniejsza niż nasze ludzkie?
– Nie rozumiesz. – Spuściłem głowę i wbiłem wzrok w swoje skarpetki.
– To może mi łaskawie wytłumaczysz? – Żaneta wydawała się podenerwowana. – Ludzie mają problemy, ale kiedy ktoś chce im pomóc, mówią zaraz n i e z r o z u m i e s z. Do jasnej cholery, to niech mi to wytłumaczą tak, abym mogła zrozumieć! To przecież oczywiste, że nie czytam im w myślach, nie? Ale oczywiście lepiej zwalać brak empatii na resztę świata niż podzielić się swoimi pokręconymi farmazonami, które tkwią w ich poronionych głowach. Więc weź się w garść i mi to wytłumacz, Bartku.
– Nie chciałem, żeby umarł – wyszeptałem tylko, tknięty nieco jej słowami.
Czy gdybym powiedział Dawidowi o Teresie, on powiedziałby mi o tym, że jeździ? Czy gdybym zwierzył się mu o swoich problemach z orientacją, pomógłby mi? Dlaczego tego nie zrobiłem? Przecież w pełni mu ufałem.
– Jak to „umarł"? – zadała kolejne pytanie Żaneta.
– Znam mnóstwo przypadków, z których skaterzy wychodzili na przegranej pozycji. Ze złamanymi kończynami, z obitymi głowami. A niektóre wypadki kończyły się śmiercią. Tym bardziej, że Dawid lubił sobie pojeździć po alkoholu. Wiesz, kiedy zaczęło się gimnazjum, zdobycie piwa czy wódki nie stały się dla nas trudne. A Dawid lubił dreszczyk emocji. Miał ekipę do jazdy i zanim na dobre się rozkręcili, urządzali sobie drobne libacje. Zabrał mnie tam ze sobą raz. Przedstawił kumplom, popiliśmy, a potem on wszedł na deskę i pojechał, zostawiając mnie samego. Nie wiem, ile czasu nie dawał mi znaku życia, ale kiedy napisał mi esemesa, gdzie jestem, a ja odpisałem, że „tam, gdzie mnie zostawiłeś", po jego przybyciu oznajmił, że o mnie zapomniał.
– Ał. Musiało zaboleć – wtrąciła.
– Bolało. Przyjaciel zapomniał o mnie przez to, że schlał się w trzy dupy i poszedł sobie pojeździć. Mogło mu się coś stać. Wymusiłem na nim obietnicę, że już więcej nie będzie jeździł, ale najwyraźniej było to silniejsze od niego samego.
– Nie sądzisz, że on po prostu lubi się bać?
– Dawid? Proszę cię. – Machnąłem ręką. – Znam go, wcale nie podnieca go adrenalina.
– Może tak naprawdę go nie znasz. Kiedy ostatnio rozmawialiście tak naprawdę, tak od serca? – Żaneta oparła dłonie na stole. – Wiesz, Bartku, problem naszego społeczeństwa polega na tym, że bardzo mało rozmawiamy.
– Co ty możesz o tym wiedzieć? – Przewróciłem oczami, powoli mając dość jej życiowych mądrości.
– Bo przez brak rozmów rozpadały się wszystkie moje związki. To dlatego teraz mieszkam sama w tej ponurej klitce, nawet nie mając kota, bo wszystkie ode mnie uciekają. Gdybym kiedyś używała rozmów do zażegnania konfliktów, być może w tej chwili niańczyłabym dziecko, a nie rozmawiała z nastolatkiem. Ale nie, wszystkie kłótnie kończyły się w łóżku, bo nie znałam wówczas innego sposobu na to, by ktoś wybaczył mi moje błędy. A później poroniłam i mężczyzna mojego życia zostawił mnie dla innej.
– Och. – W jednej chwili mój wzrok zmiękł i spojrzałem na nią zupełnie inaczej niż wcześniej.
Teraz Żaneta nie była lubiącą zabawę dziewczyną, która lubi cytrynę, tylko dorosłą, dojrzałą kobietą z życiowym stażem. Dostrzegłem zmęczenie, to, jak bardzo stara się, aby być zdrową. Na lodówce wisiał jej rozkład pracy, wszystkie rubryczki były zapełnione odręcznymi notatkami.
– Przykro mi – dopowiedziałem po chwili.
– A mi nie, mam za swoją głupotę. – Pokręciła głową. – Widzisz, Bartek, czasem warto słuchać starszych.
– Więc co mi radzisz?
– Porozmawiaj z Dawidem przy najbliższej okazji, w porządku?
– Będziesz trzymać kciuki?
– Będę. – Uśmiechnęła się lekko, tak jak Dawid uśmiechał się do Meli.
– A obiecujesz?
– No, to mogę ci obiecać. Jesteś może głodny?
~~|Dawid|~~
Wystarczył jeden telefon, aby razem z gitarą pojawił się w jednym z najbardziej obskurnych barów w mieście. Zabrakło im gitarzysty, a do Bartka nikt nie mógł się dodzwonić. Trochę mnie zabolało, że najpierw dzwoniono do niego, ale w sumie ani trochę się nie dziwiłem, Królikowskiemu sprawiało to w końcu większą przyjemność niż mi.
Nie spodziewałem się zobaczyć go wśród tłumu, ale kiedy skierowałem swój wzrok dna barek, nie mogłem go nie poznać. Bartek zawsze wyglądał tak samo groźnie, chociaż usposobienie miał iście królicze – nazwisko zobowiązuje. A więc potulny Bartuś rozprawiał o czymś z jakąś krótkowłosą laską, którą często tu widywałem. Poznałem ją po tym dziwnie upiętym koku, jakby nie mogła rozpuścić tych swoich krótkich włosów.
Grałem dalej, głośniej i lepiej, byleby sprawić, że Bartek się odwróci i spojrzy w stronę sceny, że mnie zobaczy i zastanowi się, dlaczego to nie on stoi na podeście i nie pociąga za struny.
Ale nic takiego się nie stało.
Dziewczyna wstała, wzięła go za rękę i pociągnęła w stronę wyjścia. Przestałem grać. Reszta jakoś zdołała podtrzymać rytm, ale wokalistka popatrzyła na mnie spode łba.
– Bartek... – wyszeptałem, chcąc, żeby mnie usłyszał.
Ale to było niemożliwe. Przecież miał towarzystwo. Kogoś innego niż ja.
Zresztą, czego ja się spodziewałem.
Zszedłem ze sceny i ruszyłem do baru. Zamówiłem piwo, usiadłem na jednym z tych cholernych, wysokich krzeseł i czekałem na cud.
– Cześć, jesteś Dawid Kos, tak?
Odwróciłem głowę i spojrzałem w twarz jakiemuś chuderlawemu chłopcu z burzą jasnych włosów, w których teraz tańczyły różnokolorowe światła
– Tak. Coś się stało? – Ściągnąłem brwi. Może usiadłem na jego ulubionym miejscu?
– Jestem Mateusz Gliński. Podziwiam to, jak dobrze grasz! Myślałeś może o tym, aby pchnąć swoją karierę do przodu? – Miał śliczny uśmiech, taki delikatny. Poruszał się z nieprzymuszoną, rzadką u mężczyzn gracją. A kiedy usiadł i oparł głowę na ręku, mógłbym przysiąc, że spojrzał na mnie za bardzo maślanym wzrokiem. – Mój ojciec ma studio nagraniowe, jeżeli chcesz, mogę mu cię polecić.
W tamtej chwili nie wiedziałem, że może to być jakiś podstęp, że wszystko zawali się przez ten jeden wieczór i jedną decyzję podjętą pod wpływem emocji. Ale chciałem dopiec Bartkowi i być lepszym muzykiem. Stworzyć swoje własne D, bez B&.

Puf, puuf, puuuf. Rozdział siódmy pisany mnóstwo czasu. xDD Cóż, życie, bywa. xD Od razu mówię, że teksty zwykle znacznie szybciej pojawiają się na wattpadzie, więc radzę zajrzeć i tam.Link macie >>tutaj<<